Kiedy Tadej Pogačar mimochodem rzucił w wywiadzie, że jego ulubioną i najczęściej wykonywaną jednostką jest długa jazda w Zone 2, w kolarskim internecie zrobiło się głośniej niż na finiszu etapu górskiego. Nagle wszyscy odkryli, że sekret zwycięstw może nie tkwi w morderczych interwałach, tylko w godzinach „spokojnego kręcenia” w tzw. “drugiej strefie”.
Fora zapłonęły, grupy treningowe zwolniły tempo, a zegarki zaczęły piszczeć alarmami, gdy tylko ktoś ośmielił się wejść za wysoko w tętno. Świat oszalał – bo jeśli działa na kosmitę z peletonu, to musi działać na nas, prawda?
No właśnie – nie do końca. Zone 2 to nie magiczne zaklęcie, tylko narzędzie. Dla zawodowca oznacza często 4–6 godzin jazdy przy idealnie kontrolowanej intensywności, po latach budowania bazy, z dietą, regeneracją i czasem na drzemkę między treningami. Dla amatora z pracą, rodziną i oknem pogodowym między 17:30 a zachodem słońca oznacza coś zupełnie innego. Godzina w Zone 2 po całym dniu przy biurku nie zbuduje takiego samego silnika jak pięć godzin w Alpach Nadmorskich, gdzie na co dzień mieszka Słoweniec. Ale to nie znaczy, że nie ma sensu – wręcz przeciwnie.
Dla kolarzy szykujących się na wyścigi cyklu ORLEN Lang Team Race w Arłamowie, Bukowinie Tatrzańskiej i Bytowie – długie jazdy w drugim zakresie mogą być tym, czego naprawdę potrzeba. To fundament, który pozwoli nie tylko przetrwać podjazdy, ale jeszcze mieć z czego finiszować.
Jest jednak pewien haczyk, o którym w medialnym zachwycie mówi się rzadko – Zone 2 działa najlepiej wtedy, gdy naprawdę jest Zone 2. Wielu amatorów jeździ za mocno na spokojnych treningach i za słabo na mocnych. Efekt jest taki, że zamiast polaryzacji wychodzi szara strefa zmęczenia. Pogačar może sobie pozwolić na chirurgiczną precyzję, bo jego dzień jest podporządkowany rowerowi. My musimy pilnować się sami – czasem zwolnić dumę, odpuścić ściganie na Stravie i zaakceptować, że trening, który „nie boli”, bywa tym najcenniejszym.
Czy to trening dla każdego? Tak – ale nie w tej samej formie. Początkujący skorzysta nawet na 60–90 minutach spokojnej jazdy, średniozaawansowany na dłuższych weekendowych wyjazdach, a ambitny amator powinien traktować Zone 2 jak bazę, na której dopiero buduje intensywność. Klucz nie leży w kopiowaniu planu mistrza, tylko w zrozumieniu idei. Bo nie chodzi o to, by trenować jak Pogačar – chodzi o to, by jutro trenować mądrzej niż wczoraj.
I może właśnie w tym jest największa wartość całego zamieszania. Jeśli dzięki jednemu zdaniu z wywiadu część amatorów zaczęło jeździć trochę wolniej, ale częściej i dłużej, to na trasach wokół Hotelu Arłamów, Bukovina Resort i Bytowie zobaczymy peleton bardziej wytrzymały niż kiedykolwiek. A na ostatnich podjazdach okaże się, kto tylko przeczytał o Zone 2, a kto naprawdę ją przepracował. Bo spokojne kilometry są jak lokata – długo nie widać efektów, ale gdy przychodzi dzień wypłaty, procentują bezlitośnie.